Zmienił się skład, zmieniło się brzmienie, pozostały inspiracje i emocje. Czechoslovakia ewoluuje, ale jednocześnie jest niezmienna w swojej nostalgii za tym, co było i tym, co nigdy nie nadejdzie.

Jeśli chodzi o skład, to chyba można stwierdzić, że Czechoslovakia = Adam Piskorz. Tym razem wspierają go Mateusz Kunicki na basie i Jakub Mondrzejewski na perkusji. Panowie nagrali cały materiał na setkę w trzy dni. To słychać. Miało być garażowo i jest. Gitara się rozstraja, słychać sprzężenia, a dla takiego konesera hałasu jak ja to miód na uszy. Widziałem grupę na koncercie i brzmiało to wszystko niemal identycznie jak na płycie. Jest energia, jest radość i wzajemna chemia oraz głód gry. Karoseria może i niewypolerowana, ale maszyna ciśnie do przodu jak nigdy.

Zespół nadal patrzy tęsknie na ostatnią dekadę ubiegłego wieku, tylko tym razem podchodzi do swoich inspiracji od innej strony. O ile na Malimy dominowało coś, co nazwałbym alternatywnym rockiem lat 90-tych z noise rockowym zacięciem, tak tutaj mamy sytuację odwrotną. Poddał się temu nawet wokal, który spełnia tu rolę dodatkowego instrumentu. Pewnie to kwestia podejścia do produkcji, ale wyszło naturalnie i na spory plus. Przy tym teksty nie są o niczym i dobrze oddają ducha tej muzyki. Oprócz tego nie zabrakło melodii, których zresztą zawsze było u Czechoslovakii sporo. To nadal ładne piosenki, tylko z lekka zardzewiałe, przybrudzone.

Nie chcę już kolejny raz pisać o renesansie flanelowego noise rocka, ale jeśli coś takiego ma miejsce, to Czechoslovakia jest tego pięknym przykładem. Co ważniejsze czuć, że to żadna próba podpięcia się pod nurt, a potrzeba wypływająca gdzieś z głębi – serca lub samych trzewi. Przekonuje mnie tu każdy dźwięk i każda fraza. Co poradzę. Ja po prostu lubię takie smutne hałasy.

Tutaj Bandcamp.