Trio logicznie rozwija to, czym ujęło nas za sprawą zeszłorocznej EPki Raj na ziemi. To nadal proste piosenki oparte na dźwiękach gitary, basu i syntezatora. Tego ostatniego jest tu jakby trochę więcej niż ostatnio, a i brzmienie pod względem produkcji wskoczyło o poziom wyżej. Pozostała oszczędność środków, ale po lo-fi prawie nie ma tu już śladu. Jest też to, co wyróżnia grupę spośród wielu innych, czyli przenikliwe, a przy tym bardzo smutne teksty.

Raj na ziemi, pod tym względem mocno kojarzył mi się z Wczasami. Zaraz po napisaniu tekstu o tej płycie stwierdziłem, że Syndrom Paryski czerpie przecież równie dużo z retoryki Zwidów. Bezsens istnienia i pogoń za czymś lepszym (Hymny dla przegranych), poszukiwanie miłości (Ross), ulga z powodu wyrwania się z toksycznego związku (Sygnały końca pociągu) oraz marazm i monotonia (Plastikowe żołnierzyki). W każdym z tych tekstów zespół trafia w sedno i nie wierzę, że myślące pokolenie 20-to i 30-to latków nie odnajdzie w którymś z ich utworów czegoś dla siebie. Grupa, tak jak dwie wspomniane wyżej, ma też talent do pisania bardzo zapamiętywalnych wersów, które zostają w głowie („To świat nie ja ma się zmieniać”, „Wszyscy jesteśmy trzymani podstawami jak plastikowe żołnierzyki”, „Mogę stać na podium / ale czuję się ostatni / w głowie cicho nucąc / hymny dla przegranych”).

Syndrom Paryski, w przeciwieństwie do swojej nazwy, spełnia oczekiwania, a ich Hymny dla przegranych mogą równie dobrze stać się hymnami całego pokolenia. Jednak jak mocno bym ich nie chwalił, to pewnie i tak mi nie uwierzą. A szkoda, bo to naprawdę dobra płyta.

A tutaj Bandcamp.