To w końcu Jack i Meg są rodzeństwem, czy małżeństwem? Pamiętam, że każdy miał inną teorię. Oczywiście w Internecie dało się szybko znaleźć prawdę, ale… ziarnko niepewności zostało zasiane. Pewności nie było. Ech, te początki w sieci.

Dziś pochylam się, a raczej wracam do płyty The White StripesElephant.

Czy znałem wcześniej?

Samo The White Stripes kojarzy mi się z czasami liceum, a konkretnie Indie Night Party, cyklem tanecznych imprez, które odbywały się w gdyńskim Klubie Ucho. To znaczy nie usłyszałem ich tam po raz pierwszy, ale przewijali się na pewno. Co śmieszne, ja w ogóle nie przepadałem za indie i gdybyście odpytali mnie z indie rewolucji z początku tego wieku, to dostałbym dwóję. Z minusem. Tylko że The White Stripes to nie indie i na nich znam się trochę lepiej.

W każdym razie strzelam, że mój pierwszy raz w przypadku tego duetu, to kawałek Seven Nation Army lub też I Just Don’t Know What To Do With Myself. Leciały wszędzie, a że po szkole oglądałem głównie VH1, to możliwe, że na niego trafiłem. Na pewno nie była to w tamtym czasie świeżynka, bo aż tak stary nie jestem, ale i tak na moją ówczesną percepcję spora nowość.

A, pamiętam też teledysk z Kate Moss do tego drugiego kawałka. To znaczy o tym, że to ona, to dowiedziałem się potem. W liceum chyba w ogóle mało wiedziałem, ale świat był przez to piękn(iejsz)y.

Ogólne spostrzeżenia

To na pewno ostatnia, bardzo dobra płyta The White Stripes i jednocześnie ta, z którą przebili się do mainstreamu. Do mainstreamu mainstreamów, bo Seven Nation Army zanuci nawet moja mama (tak mi się wydaje), a już na pewno skojarzy po kilku nutkach, co to za kawałek. Wiem dobrze, że dla niektórych początkujących muzyków to też pierwszy kawałek gitarowy, jakiego się uczą. Przynajmniej tego charakterystycznego fragmentu Tum tu rum tum tum tum tum. Wiecie dobrze, o czym mówię. Nawet na forach kafeterii ludzie odgadują ten utwór po wyżej zacytowanej frazie.

Zmierzam do tego, że sam przebój, jak i całe to zamieszanie wokół duetu wyrzuciło go na orbity wcześniej dla nich niedostępne. Podejścia do tego można mieć dwa i stwierdzić, że Elephant to płyta jednego (no dobra, dwóch) przeboju/ów. Lub też przyznać, że to album z jednym standardem muzyki rockowej i całą masą innych, bardzo dobrych piosenek. I ja skłaniam się ku tej drugiej opcji.

Nie ma tu utworów stricte słabych. Jest sporo zwolnień tempa i rozumiem zarzuty o to, że rozbija to atmosferę, ale moim zdaniem te wolniejsze kawałki docenia się z czasem. Elephant jest też płytą, która dla zdolnego poszukiwacza nowych dźwięków jest dobrym początkiem do tego, żeby sięgnąć dalej. Do przebojowego indie, do garażowych perełek i bluesowych klasyków.

Czy będę wracać?

Do The White Stripes wracam co jakiś czas. Jest to też taka muzyka, którą mogę puścić w towarzystwie osób niezbyt obeznanych z napierdalanką spod znaku lo-fi czy też zespołami żonglującymi gatunkami jak performer w cyrku. A nóżka chodzi.

Alternatywa

W kontekście samej grupy to dwa poprzednie wydawnictwa, tj. White Blood Cells (2001) i De Stijl (2000) są na bardzo podobnym poziomie i rotuję sobie nimi zależnie od humoru. Jeśli popatrzeć szerzej, czyli na samo zestawienie, to z powodów wymienionych powyżej dotyczących tego, że płyta ta jest idealnym startem do dalszych poszukiwań, to nie wymieniłbym jej na inną. Ktoś mógłby powiedzieć, że nadawałoby się The Black Keys, ale gdzie tam. Nie ta stylówa.