Na jubileuszową odsłonę cyklu zaplanowałem coś specjalnego. Jako że zbliża się koniec roku i lada chwila będę go podsumowywać, to rzutem na taśmę, z okazji 20. części nadrabianek, postanowiłem opisać taką samą liczbę wydawnictw.

Pod koniec roku nazbierało się premier i dobrej muzyki, więc szkoda byłoby się nad nią nie pochylić. Kto wie, być może wśród niżej opisanych tytułów znajdują się też albumy, które trafią do mojej topki tego dziwnego roku? Ta pojawi się już na początku stycznia. Mam nadzieję, że czekacie, chociaż dla osób czytających regularnie moje teksty, wybrane pozycje nie będą pewnie jakimś większym zaskoczeniem.

A na razie zapraszam do zapoznania się z poniższymi rekomendacjami w formie krótszych recenzji. Dziś pierwsze 10 płyt, kolejne na początku przyszłego tygodnia.

Working Men’s Club – Working Men’s Club (2020) [dancewave / post-synthpunk]

Pamiętacie zjawisko zwane madchesterem? Szkoda, że wydało na świat tak niewiele płyt i tak samo jak szybko zyskało na popularności, tak też w mgnieniu oka zostało zapomniane. Zresztą mainstream opuściły również te gatunki, z których wyrosła madchesterowska stylistyka, czyli rave, acid house, czy w mniejszym stopniu indie pop. Może gdyby madchester przefiltrować przez będący cały czas na czasie post-punk, doprawić nieco zużytym, ale nadal kultywowanym w pewnych kręgach ebm, zmiękczyć je swoistym guilty pleasure każdego z nas, czyli synthpopem i ubrać w ramy z dance-punku, to dałoby się go uratować? Gdzieś w alternatywnej rzeczywistości tak właśnie się stało i to stamtąd pochodzą Working Men’s Club. W ich świecie parkietem nadal rządzi muzyka gitarowa zmieszana z mieniącą się różnymi kolorami elektroniką. Mniej tu co prawda psychodelii, więcej cieni, ale zawartość taneczności w materiale przez cały debiut pozostaje na niezmiernie wysokim poziomie. Swoje uniwersum już zawojowali. Przewiduję, że mają szansę podbić i nasze.

Bandcamp

Pink Siifu & Fly Anakin – FlySiifu’s (2020) [abstract jazz rap]

Mam bardzo dużą słabość zarówno do lat 90-tych, jak i tworów, które opowiadają o tych czasach lub też przez pryzmat wspomnianej dekady. Z zastrzeżeniem, że ważna jest dla mnie wartość dodana, a nie odtwórstwo. Wpisuje się w to pierwszy wspólny album Pink Siifu i Fly Anakina. Artyści zapraszają do sklepu ze starymi winylami nas, słuchaczy, a także wielu współpracowników i przyjaciół, którzy ubarwiają swoimi partiami stworzony przez nich materiał. Muzycznie to kolaż jazzowych podkładów i sennych melodii, podlanych stylowym, ale nienarzucającym się beatem. Atmosfera FlySiifu’s jest niepowtarzalna, bo łączy w sobie niespieszną nostalgię z uważną celebracją. Brzmi to może trochę skomplikowanie, ale ni mniej, ni więcej to album, który wręcz zmusza do zwolnienia, złapania oddechu i oddania hołdu piewcom chilloutu totalnego. Fani The Pharcyde lub kolektywu Hieroglyphics dobrze znają ten stan. Warto wrócić do niego w trochę nowszej odsłonie za sprawą FlySiifu’s.

Bandcamp

Hetane – Pełnia (2020) [alternative / electronic]

Pamiętam wzmożony okres poszukiwań muzyki industrialnej i ogromne rozczarowanie, że na polskim rynku gatunek ten, porównując do reszty świata, niezbyt się przyjął. Projektów niewiele, a ich popularność jeszcze mniejsza. To drugie dotyczy zwłaszcza Hetane. Zespołu, który zadebiutował w 2004 roku i pomimo naprawdę dobrego, szamanistycznego podejścia do gatunku nie zdołał się przebić w takim stopniu, na jaki zasługiwał. Na tegorocznej, wydanej po siedmioletniej płycie Pełnia grupa zdefiniowała się na nowo. Pozostały mistyczne elementy, ale spadło tempo, a industrialne wątki zastąpione zostały przyjemnie pobudzającą zmysły elektroniką. Właśnie, dzięki ciekawej, drapieżno-intymnej barwie głosu Magdaleny Oleś zmysłowy jest słowem najlepiej opisującym zawartość tego materiału. Dużo tu też dźwięków imitujących naturę, a także zróżnicowane instrumentarium (m.in. dęciaki, sekcja smyczkowa i pianino). Nie wiem, czy tym razem się uda, ale stylistyczna wolta jak najbardziej udana.

Bandcamp

Death Valley Girls – Under the Spell of Joy (2020) [psychedelic garage rock]

Przestrzeń pełna psychodelicznych oparów, w kącie szklana kula, na wieszakach długie płaszcze, spiczaste kapelusze i gitary zawieszone na hakach w kształcie traszek. Przed nimi diabelski saksofon i pachnące siarką bębny. W mroku cała masa melodii, a gdzieś z boku chóralnie odśpiewywane mantry. Świat czarnej magii inspirowanej klasycznymi brzmieniami zawarty w niepozornym, blaszanym garażu. Łatwo dać się ponieść tym czarom, które pomimo swojego leciwego rodowodu (a może dzięki niemu?) nadal mają ogromną moc. Death Valley Girls to skład złożony z mistrzów magii i nie widzę przeciwwskazań do tego, by poddać się ich urokom.

Bandcamp

Jocelyn Packard – Nothing is Solid (2020) [post-rock / ambient]

Nazwa grupy zaczerpnięta z mitologii Twin Peaks automatycznie nasuwa konkretne skojarzenia. Filmowa narracja i niepokojący klimat to faktycznie główne składowe drugiej płyty warszawskiego Jocelyn Packard. Jednak w jakiś niewytłumaczalny dla mnie sposób mrok w ich wykonaniu przynosi wytchnienie i zamiast prowadzić w złowieszcze zakamarki psychiki, skłania do swobodnych wojaży na falach własnej wyobraźni. Nothing is Solid kojarzy się z otwartą przestrzenią, samochodem pędzącym nocą w nieznane i uczuciem ekscytacji wymieszanej z niepewnością co do tego, co przyniesie kolejny zakręt. Leniwa i niespieszna to muzyczna podróż, która z każdym odsłuchem przynosi nowe możliwości interpretacji tego, co kryje się w dźwiękach.

Bandcamp

Królestwo – Antracyt (2020) [psychedelic noise / post-rock jam]

Antracyt charakteryzuje się najwyższą kalorycznością spalania i zawiera w sobie najwięcej węgla ze wszystkich jego odmian. Dobra nazwa dla albumu, posiadającego wszystkie cechy charakterystyczne brzmienia uprawianego przez grupę. W dodatku w wersji skompilowanej do nieco krótszych, zwartych utworów, jak i dłuższych, przepełnionych dźwiękami molochów. Królestwo na drugiej płycie inaczej rozkłada akcenty. Pierwsza połowa Antracytu to zabawa rytmem, groovem i zwrot w stronę piosenkowości, rozumianej jako heavy psych zmieszany z funkiem. To nowość, bo trio dotychczas było znane raczej z improwizacji, ale muszę powiedzieć, że podoba mi się to nowe oblicze. Szczególnie że zespół nie zrezygnował też z post-rockowych, kilkunastominutowych połamańców, które wypełniają drugą część albumu. W nich z kolei bardziej operują hałasem, dając wybrzmieć dłużej poszczególnym motywom i stawiając na transowe doznania. W obu tych wersjach Królestwo zaskakuje swobodą i twórczym wykorzystaniem pomysłów. Oba łączy też math rockowe podejście do rytmu i po prostu – wysoka jakość.

Bandcamp

The Wytches – Three Mile Ditch (2020) [noisey psychedelic surf rock]

Jestem fanem The Wytches od pierwszej płyty, a właściwie to od 2015 roku, kiedy to wykonali materiał z debiutu na gdańskim Soundrive Festival. Umówmy się, że inspirowane klasycznym garażowym rockiem brzmienie bywa odtwórcze i po prostu nudne. Spory odsetek składów parających się tym stylem nie ma w sobie „tego czegoś” i pomimo dobrze nastrojonych gitar, dostosowania aranżacji do zasad gatunku i spójnego retro vibe’u, najzwyczajniej w świecie nie porywa. Te zarzuty nie dotyczą autorów Three Mile Ditch. Płyty utrzymanej w mniejszym tempie niż poprzednie, za to wyciskającej z oldschoolowego brzmienia naprawdę sporo. Zespół bawi się aranżacjami, trochę też oczekiwaniami słuchaczy i nie zawodzi. W ramach kompozycji potrafi płynnie przejść od beztroskich, surfowych rytmów do doomowego ciężaru i dołożyć do tego jeszcze wokal, w którym aż iskrzy od emocji. Trzeci album The Wytches to typowy grower, bo jego największymi atutami są antyprzebojowość i nadzwyczajnie wysokie stężenie stylowości. Nie wiem, czy to ich najlepsza płyta. Możliwe. Na pewno najbardziej pomysłowa.

Bandcamp

Realize – Machine Violence (2020) [industrial metal]

Godflesh nigdy za wiele. Wiem o tym ja, wiecie o tym Wy, wiedzą o tym członkowie powerviolence’owego Sex Prisoners oraz sludge’owych North i Languish. Nic mi nazwy tych projektów nie mówią, bo nie jestem na bieżąco z tą sceną, ale Realize to inny horror. Wspomniana na początku legenda sceny industrialnej to oczywista inspiracja, ale punkowy rodowód muzyków też daje tu o sobie znać. Jest więc ciężko, głośno i szybko. Tytuł płyty bardzo adekwatny do zawartości, a mnie podczas odsłuchu materiału wyświetla się w głowie wizja miażdżącego wszystko na swej drodze walca wspomaganego okazjonalnym przyspieszeniem. Jeśli brakuje Wam takich emocji i dość macie przeciętnych projektów spod znaku industrialnego metalu, to już nie musicie szukać. Realize przybędzie na ratunek, niszcząc przy okazji mniej wprawionych słuchaczy.

Bandcamp

Good Sad Happy Bad – Shade (2020) [psychedelic experimental lo-fi slacker rock]

Trudno objąć mi zawartość Shade zmysłem słuchu, a co dopiero opisać ją słowami. Nie chodzi tu o poziom skomplikowania dźwięków, bo te wcale nie są złożone, a sam sposób lawirowania pomiędzy różnymi gatunkami. Do tego grupa stosuje nietypowe zabiegi aranżacyjne, choć z zachowaniem wyraźnych melodii. Efektem tego jest jedna z ciekawszych płyt tego roku, a uwierzcie mi, trochę ich przesłuchałem. Podoba mi się niedbała, ale dobra produkcja, zabawa dźwiękami i oczekiwaniami słuchacza, a także to, że Good Sad Happy Bad bierze na warsztat niemalże wszystkie motywy wykorzystywane w muzyce niezależnej w ostatnich latach, miesza je ze sobą i tworzy z tego swój własny styl. Pomimo ogromnej różnorodności jest to materiał spójny i czuć, że stworzony z myślą przewodnią. Nawet jeśli bardzo zwichrowaną. A to, że nad Shade unosi się klimat nostalgicznego chilloutu rodem z płyt George’a Clantona zmieszanego z mistycyzmem starych nagrań wytwórni 4AD tylko podbija wartość tej płyty. Sprawdźcie koniecznie.

Bandcamp

Karol Schwarz All Stars – Live at SpaceFest! (2020) [psychedelic dream live]

Ubiegłoroczna płyta kolektywu Karol Schwarz All Stars znalazła się na mojej osobistej liście ulubionych wydawnictw, które ujrzały światło dzienne w 2019 roku. Wracam do tej płyty do dzisiaj, przy okazji wspominając dwa, naprawdę świetne występy grupy z tym materiałem, jakie dane było mi zobaczyć. Pierwszy z nich, zagrany w gdyńskiej Desdemonie przy okazji premiery Hi D(e)ad pozostanie tylko w mojej pamięci. Do drugiego mogę teraz wracać za sprawą albumu Live at SpaceFest!, który zawiera koncert zagrany na ubiegłorocznej edycji tego festiwalu. Choć większość materiału pochodzi z ostatniej płyty (wyjątkiem jest cover Just Another Day Jona Secady) , to dramaturgia jest tu nieco inna. Zespół zaczyna powoli i niespiesznie, budując z pomocą post-rocka z elementami jazzu (jak zawsze świetny Gadecki na saksofonie) swój nierzeczywisty, tajemniczy świat. Na wysokości wspomnianego Just Another Day zaczynamy się budzić. W Księciu Presji pojawiają się nieobecne na płycie saksofonowe partie, a całość nabiera naprawdę sporej dynamiki. Rozpoczyna się festiwal groove’u, płynnych stylistycznie przejść i energii płynącej prosto z instrumentów. Uspokajający Letter to to tak naprawdę cisza przed burzą, która wybucha z pełną mocą w wieńczącym występ, złowieszczym No Good. Trudno mi wyrokować, na ile w tych improwizowanych w swojej istocie nagraniach jest… scenicznej, dodatkowej improwizacji, ale gdy stałem wtedy pod samą sceną, to wydawało mi się, że całkiem sporo. Najważniejsze jest jednak to, że radość z gry, którą pamiętam z tego wieczoru, udało się zarejestrować na Live at SpaceFest!. Jeśli tęsknicie za dniami, gdy koncerty były normalnością albo chcecie zobaczyć, jak materiał z Hi D(e)ad wypadał na żywo, to sprawdźcie. Nie wiadomo, czy i kiedy będzie do tego kolejna okazja.

Bandcamp