30 lat po wydaniu składanki pt. Gdynia pojawiła się jej następczyni. Gdynia 1988-2018 to zbiór tych samych kompozycji, co oryginał, ale nagranych w zupełnie innych wersjach. Za ich interpretację odpowiadają współczesne zespoły tworzące gdyńską lub szerzej ujmując, trójmiejską scenę alternatywną.

Nie mam wątpliwości, że Gdynia 1988-2018 to odważny eksperyment, ale zdecydowanie daleko mu do zwykłej laurki czy też produktu odcinającego kupony od oryginału. Projekt ten na pewno w ciekawy sposób koresponduje z poprzednią płytą, ale przecież wcale się od tego nie odżegnuje. To te same utwory, zagrane jednak w zupełnie inny, autorski sposób. W wielu miejscach zupełnie niepodobne do swoich pierwowzorów, a jednocześnie nadal posiadające tego samego ducha. Nazwijcie to morską bryzą, trójmiejskim brzmieniem czy psychodelią znad Bałtyku, ale ten pierwiastek tak jak był obecny 30 lat temu, tak obecny jest w tych nagraniach i dzisiaj.

Płyta ta, tak samo jak jej poprzedniczka, równie ciekawie dokumentuje obecne, brzmieniowe trendy. O ile na poprzednim albumie sporo było punka (Po Prostu, Pancerne Rowery), reggae (Unrra, Rocka’s Delight) nowej fali (Bielizna, Sake), to całość otaczała dodatkowa aura psychodelii (czasem stanowiącej podstawę liryczną i brzmieniową, jak w przypadku Apteki) i kompozytorskiej swobody. Te ostatnie dwa pierwiastki obecne są i tutaj, ale gatunkowo to zupełnie odległe dźwięki. Dubowe, dosłownie przywołujące podwodne dźwięki drewnofromlas, balansująca na styku drone’a i stonera zmieszanego z muzyką kościelną, natchniona Nowa Ziemia 2, post-punkowo alternatywny, buzujący od gitarowych efektów Kiev Office, rozimprowizowane, psychodeliczne Królestwo i Lastryko (pierwsi całkowicie reinterpretują przesłanie oryginału; drudzy próbują rozsadzić od środka formę krótkiej, zamkniętej piosenki), a także elektronika. I to zarówno w jej tanecznej odmianie, tak jak w przypadku Molto Delay z The Pau (od punka do electroclash faktycznie niedaleka droga) czy Michaela Warrena (tu z kolei usłyszeć możemy trochę klubowego ambientu) jak i tej, która za podstawę bierze klimat (Tranq i ich Buty w chyba najbardziej zaskakującej przeróbce oryginału z całego zestawienia). A jest tu jeszcze miejsce na ambitny pop (Leśne Zwierzęta z połamanym rytmem i ciekawą linią wokalną Emilii Pollok) i jazz (totalnie niemające związku z oryginałem, ale równie swobodne dźwiękowo, przez co paradoksalnie bliskie duchowi Apteki AAA w wersji Band A).

Jak na składankę, która zawiera tak zróżnicowane brzmienia, to całość jest nad wyraz spójna. Czyżby to zasługa Bałtyku i niezmiennego wiatru, który towarzyszy mieszkańcom i muzykom Trójmiasta na co dzień? A może po prostu dobrych kompozycji, wzorowej produkcji i świeżego podejścia do materiału przez zaproszone do projektu grupy? Jedno nie wyklucza drugiego.

Gdynia 1988-2018 jest wizytówką brzmienia obecnej sceny, jakimś jej wycinkiem, próbą złapania obecnej chwili w czasie. Jest przy tym albumem, do którego chce się wracać.

Samą płytę na ten moment możecie zakupić przez stronę internetową wydawcy – Muzeum Miasta Gdyni. O, tutaj.