Wstęp do podsumowania płyt zagranicznych znajduje się w jego pierwszej części i tam też odsyłam tych, którzy jeszcze się się z nim nie zapoznali. Poza tym, tak jak i poniżej, znajdziecie tam opis 21 płyt z zagranicy, które w jakiś sposób wyróżniły się na tle innych wydawnictw poprzedniego roku. A dziś część druga, ostatnia.

Przypominam, że kolejność jest alfabetyczna. W dodatku jeśli w tytule znajduje się hiperłącze, to o albumie pisałem już wcześniej, a po kliknięciu w link nastąpi przekierowanie do pełnego tekstu.

Kevin Morby – Oh My God

Zapytajcie mnie o którykolwiek z utworów z Oh My God, a nic Wam nie powiem. Zapytajcie o wrażenia z obcowania z całym albumem, a powiem Wam: to bardzo odprężający materiał. Morby postawił tym razem na zupełnie inne środki wyrazu. Zdecydowanie bardziej rozbudowana produkcja (gospelowe chórki i delikatnie, fortepianowe partie) zastąpiła klimaty lo-fi, ale mimo tego nastrój całości jest intymny, wręcz kameralny. W dość podobnych do siebie kompozycjach przebija się jeszcze jeden element, którego wcześniej u artysty nie było. Mistycyzm. Oh My God brzmi trochę jak kościelne, alternatywne pieśni, ale bez otoczki religijnej. To muzyka relaksacyjna, bardzo uduchowiona, która płynie gdzieś obok, nie narzuca, się, ale pozwala na to, by nieco zwolnić i wypocząć.

Loyle Carner – Not Waving, But Drowning

Na Not Waving, But Drowning Carner dopracował swój styl i zaczął dojrzalej opowiadać o rzeczach, które go otaczają. To bardzo dobry obserwator, a jednocześnie młody chłopak, który na całe szczęście nie przemawia do słuchaczy z pozycji nauczyciela, a dzieli się tym, co leży mu na sercu. Pięknie przechodzi od sytuacji prostych, które przydarzyć mogą się każdemu z nas do rozważań na temat przemijania, dorosłości i ludzkich relacji. (…) Starannie dobiera gości; to nie nazwiska, a osoby, które faktycznie wzbogacają jego kompozycje. Teksty są dla niego bardzo ważne, ale to, co pozwala im odpowiednio zabrzmieć to bardzo spokojna, bazująca na przyjemnych, ciepłych beatach i jazzowo-soulowych podkładach muzyka. (…) To interesująca, zdecydowanie warta zgłębienia perspektywa.

Lust for Youth – Lust for Youth

Pierwsze zetknięcie z tą płytą było totalnym zaskoczeniem. Zimnofalowe brzmienie uzupełniane eurodance’owymi wstawkami? O co tu chodzi? Właściwie do dziś nie wiem, ale głęboki, smutny wokal na tle kiczowatych klawiszy jest czymś, co nie tylko za każdym razem intryguje, ale i podtrzymuje ciekawość. Lust for Youth z pewnością spolaryzowało swoich fanów tym albumem, ale jeśli ktoś lubi takie nietypowe połączenia, do których na dodatek trudno usiedzieć w miejscu, to na pewno nie będzie zawiedziony.

MADMADMAD – MADMADMAD

MADMADMAD to debiutancki album francusko-brytyjskiej grupy totalnych outsiderów, którzy zdecydowali się nagrać to, co im w duszy gra we własnym, skleconym naprędce studiu w Tottenhamie. Sami twierdzą, że ich płyta mogłaby być zaginioną perełką któregoś z zespołów działających w Nowym Jorku pod koniec lat 70-tych. I faktycznie, każda z kompozycji na tym wydawnictwie śmiało pasowałaby na którąś kompilacji Mutant Disco. Funkowe, basowe podbicie, a przy tym sporo eksperymentów z syntezatorami daje efekt kwaśnej imprezy, na której na pewno nie spotkacie wujka, a prędzej taneczne spełnienie i muzyczne uzależnienie.

Michael Kiwanuka – KIWANUKA

Cudownie niedzisiejsza i antyprzebojowa jest ta płyta. Dźwięki płyną tu spokojnie i bez zbędnego pośpiechu. To z kolei wywołuje uczucie lekkości i ulotności chwili. Kiwanuka nagrał swoją najlepszą płytę, zupełnie odcinając się od mainstreamowych, nowoczesnych zabiegów produkcyjnych, stawiając zamiast tego na siebie i własne emocje. Mnóstwo nawiązań do klasycznego i psychodelicznego soulu oraz funku, a nawet bluesa, dodatkowo potęguje wrażenie wycofania i wzmacnia uniwersalny przekaz artysty. Każda z kompozycji podporządkowana jest nastrojowi całości i trudno jakąkolwiek z nich wyróżnić. To podróż, którą warto przeżyć w całości, choć bronią się tu też pojedyncze trasy. Cieszy mnie ten kierunek, a jeszcze bardziej odwaga twórcy, który zdaje się, że robiąc cały czas swoje, zdobywa coraz większą popularność.

The Murder Capital – When I Have Fears

Młody zespół ze stolicy Irlandii idzie podobną drogą, którą wcześniej podążały takie składy jak Get Your Gun czy Bambara, a szukając trochę dalej – New Model Army. To klimatyczny, buzujący emocjami post-punk, który ma w sobie też sporo delikatności i południowego posmaku, przejawiającego się przede wszystkim w brzmieniu gitar i balladowej narracji. (…)  The Murder Capital świetnie łączy zrezygnowanie, rozpacz, emocjonalność, a w dodatku czuć, że to płyta wydana w tym roku, bo znaleźć da się na niej echa brexitcore’u w postaci nawiązań do brzmienia takich grup jak Idles czy Fontaines D.C.The Murder Capital wybrali jednak własną, piaszczystą i mniej uczęszczaną ścieżkę: więcej u nich metafor, nastrojowości, mniej bezpośredniości, dosadności, a najbardziej w tym wszystkim zaskakuje dojrzałość i wysoka jakość tego debiutanckiego materiału.

Nirvana – Live and Loud

Chwila, chwila. Który mamy rok? Spokojnie. Live and Loud to zapis dobrze już znanego, bo wydanego wcześniej na DVD (a w czasach muzycznej MTV puszczanego często na antenie) koncertu z 13 grudnia 1993 roku. Występ miał miejsce w starym magazynie znajdującym się na jednym z nabrzeży Seattle. Teraz jest okazja zapoznać się z nim w formie audio. I jak to zawsze bywa w przypadku wydawnictw, które zostały wydane po śmierci artysty i zawieszenia działalności zespołu bywa, w głowie zapala się czerwona lampka. Skok na kasę? Z pewnością, bo tak jak pisałem, ten koncert dostępny był już wcześniej, tylko że w innej formie. Motywacja traci jednak na znaczeniu przy samej zawartości. Tracklista zawiera utwory z każdej z płyt, a także jeden cover (The Man Who Sold The World Bowiego), które zagrane są tu w taki sposób, jakby jutra miała nie być. Zespół znajduje się na absolutnym szczycie wykonawczym, a przy tym czuć u niego głód gry na żywo i towarzyszące członkom ekipy niezbyt przyjemne w tym okresie emocje. Świetna płyta jako środek do tego, by przekonać się na nowo, po raz kolejny, jak świetną grupą była Nirvana.

N0V3l – Novel

Trochę Parquet Courts, trochę Gang of Four. Debiutancka EPka kanadyjskiego składu z Vancouver to wyraźny, wysunięty do przodu bas, jangle popowa gitarka z oszczędnymi riffami, które bardzo łatwo zanucić, a także niepozwalająca choćby na chwilę odpoczynku od pląsów perkusja. Zespół ma do tego kilka asów w rękawie takich jak zaangażowane, lewicujące teksty i okazjonalne wstawki saksofonu. Post-punk zmieszany z funkiem i indie wydaje się mieszaniną stylistyk o ograniczonych możliwościach, ale N0V3L zdają się o tym nie wiedzieć. Każdy z utworów zawiera jakiś charakterystyczny motyw, inną motorykę i potencjał do tego, by stać się alternatywnym przebojem. Jeden z najlepszych debiutów w gatunku, jakie miałem okazję usłyszeć w ostatnich latach. A śledzę i wyszukuję takowe na bieżąco.

Orville Peck – Pony

Orville Peck nie wstydzi się swojej seksualności, choć chroni swoją pozasceniczną tożsamość pod skórzaną maską. Nie ma za to problemów z tym, by rozprawiać o własnych uczuciach na swoim debiucie. Pony to płyta pełna romantycznych wyznań i uniesień skąpanych w scenerii piekącego słońcem południa USA. Sporo tu odniesień do klasyków country (artysta wskazuje szczególnie na Johnny’ego Casha jako tego, który przyciągnął go do tej stylistyki), ale też do klimatów z outsiderskich filmów Lyncha takich jak Wild at Heart czy The Straight Story. Głos Pecka jest za to wypadkową Cave’a i Orbisona. Pony jest przez to płytą intymną, bardzo osobistą, ale też ciekawą gatunkowo. Brakuje na niej może nieco większego zróżnicowania brzmienia (pojawiające się w kilku momentach shoegaze’ujące fragmenty aż proszą się o rozwinięcie), ale nadrabia za to oryginalnym klimatem redefiniującym pojęcie kowbojskości. Kapelusz, słuchawki i w drogę!

Patience – Dizzy Spells

Znana z twee popowego Veronica Falls Roxanne Clifford w swoim solowym projekcie Patience wyrzuciła pierwszą z części wcześniej uprawianego gatunku i zamieniła go przedrostkiem „synth”. Wybierając przy okazji jego najbardziej klasyczną, bo inspirowaną latami 80-tymi formę. Taki White of an Eye mógłby się znaleźć na jednej z pierwszych płyt New Order, No Roses ma w sobie urok kompozycji Erasure, a skoczność Living Things Don’t Last przypomina nieco twórczość A Flock of Seagulls. Clifford zmieniła może styl, ale tak jak i w poprzednim projekcie jej głos daje dużo ciepła i zawiera w sobie sporo emocji, brzmiąc przy tym czysto i melodyjnie. Dizzy Spells w kategoriach oryginalności to dalekie tyły. Płyta ta wygrywa przebojowością i tym, że wśród wielu epigonów tego gatunku i tej konkretnej dekady jej kreacja wydaje się szczera i co najważniejsze – stoi na naprawdę wysokim poziomie.

Power Glove – Playback

(…) Z synthwave’em sprawa nie jest taka prosta, bo co prawda stylistyka ta zdecydowanie straciła na świeżości, ale nadal są grupy, które potrafią wyciągnąć z niej coś ciekawego. Power Glove z pewnością się do takich zalicza, bo nagrywa nie tyle płytę bardzo dobrą, co po prostu świetną i kto wie, czy nawet nie najlepszą dla tego gatunku. Szkoda, że trochę po czasie, bo moda przeminęła, sezonowcy odeszli, ale fanatycy brzmienia (po obu stronach głośników) zostali i udowadniają, że z tej mąki można jeszcze upiec naprawdę smakowity chleb.

Dla fanów klasycznego synthwave’u z czasów, gdy jego przedstawiciele mieli na siebie pomysł. Nie zawiedziecie się. Tu jest ich masa.

Shortparis – Так закалялась сталь

Chciałem napisać, że to mniej przebojowa płyta od swojego poprzednika (Пасха z 2017 roku), ale przy każdym kolejnym odsłuchu waham się co do prawdziwości tego stwierdzenia. Z pewnością jest mniej zapamiętywalna, pomijając oczywiście wyróżniające się na tle reszty single (skradająca się elektronika i „gwizdany motyw” w utworze Стыд; klubowe-orientalne Страшно czy tytułowe, zimnofalowe Так закалялась сталь), ale czy to kwestia przebojowości? Shortparis zgłębia tu wcześniej już odwiedzane klimaty art popowe, łącząc to z ogromną ekspresją, miejską folkowością własnego regionu i taneczną elektroniką. Zespół stawia mocniej na klimat, który mi osobiście kojarzy się z zagubieniem wśród szumu informacji, a ich metaforyczną rolę przejęły na tej płycie muzyczne motywy. Jest ich tu bowiem masa, więc jeśli ktoś ma uczulenie na nadprodukcję dźwięków, może nie przebić się do sedna Так закалялась сталь. To album mroczny, wywołujący podskórny niepokój, a przy tym mocno uzależniający.

Snapped Ankles – Stunning Luxury

Tu rytm jest tym, czym dla nas tlen. Podstawą działalności i absolutnym minimum, które pozwala na to, by w ogóle móc funkcjonować. Z zastrzeżeniem, że dla Snapped Ankles nie ma jednej, słusznej wersji owego pierwiastka. Tu rytmem jest wszystko i nie istnieje stała definicja tego pojęcia. W otwierającym Pestisound (Moving Out) wyznaczają go krowie dzwonki. Letter from Hampi Mountain czerpie z kolei z orientalnej elektroniki w stylu Omara Souleymana. W Delivery Van przoduje bas, Skirmish in the Suburbs to przetworzone dźwięki dworcowych zapowiedzi, Dial the Rings on a Tree wywraca do góry nogami pojęcie dance-punku, a Dream and Formaldehyde budzi skojarzenia z estetyką 8-bitowych produkcji.

(…) Art punk zostaje rozciągnięty do poziomu krautrocka, transowość miesza się z tanecznością, pierwotność walczy o władzę z nowoczesnością, a nad każdą z kompozycji unosi się duch kontrolowanego chaosu.

Stef Chura – Midnight

Mam straszną słabość do wokalu Stef, czemu zresztą dziwi się moje najbliższe otoczenie. Cóż, tłumaczę to tak, że przecież od zawsze pociągały mnie dość nieoczywiste głosy, które albo lubisz, albo nienawidzisz (w końcu moim ulubieńcem jest Billy Corgan). Chura należy do tej samej grupy, bo jej na wpół zblazowany, a przy tym dość ekspresyjny wokal to przeszkoda lub błogosławieństwo – zależnie od osobistych preferencji. Artystka ma coś jeszcze. Jest to talent do pisania prostych, indie/power popowych piosenek. Takich mocno inspirowanych latami 90-tymi i tym, co w tamtym czasie robiło The Breeders, The Amps czy Belly. Z nowszych projektów śmiało mogłaby grać trasy z Soccer Mommy czy opisywanym przeze mnie wcześniej Ex Hex. Na Midnight artystka podkręciła nieco tempo i przester, dorzuciła gitarowe, niedbałe solówki i trochę schowała bas, poszerzyła też nieco instrumentarium (jest nawet pianino), ale to najważniejsze, czyli zamiłowanie do melodii, pozostało nietknięte. Spory udział we wzbogaceniu brzmienia tego materiału miał ponoć Will Toledo (Car Seat Headrest), który jest jego producentem, ale nawet bez jego sztuczek poszczególne kompozycje, jestem tego pewien, brzmiałyby równie świetnie. To po prostu świetne piosenki.

Surf Curse – Heaven Surrounds You

Skupienie na głosie, który pełni funkcję nośnika melodii, a także na prostocie kompozycji to jedna sprawa. Drugim tropem jest nowa fala i jangle pop. Znajdziemy tu zarówno emocjonalność i gitarową swobodę The Smiths, jak i lekki skręt ku psychodelii w stylu The Soft Boys. Jakby tego było mało, gdzieniegdzie odzywają się echa folku zmieszanego ze współczesnym indie. Surf Curse korzysta z wielu składników, ale duet zdaje sobie sprawę z tego, że to nie ilością, a jakością zdobywa się publikę.

TR/ST – The Destroyer 2

Z obu niszczycieli to The Destroyer 2 podoba mi się bardziej. Druga część dyptyku jest zdecydowanie spokojniejsza, mniej taneczna, przez co pokazuje mniej wyeksploatowane oblicze Roberta Hileya. Zanurzona w ebm i futurepop elektronika wykorzystuje raczej wolniejsze tempo i uwypukla subtelny głos artysty. Nasuwa skojarzenia z powolną, nocną jazdą samochodem w zapuszczonym odludziu, gdzie jedynym źródłem światła są neony kuszące wątpliwymi moralnie rozrywkami. TR/ST wydaje się przyglądać temu wszystkiemu zza szyby z pozorną obojętnością, za którą skrywają się pogłębiające się melancholia i skradająca się zaraz za nią rezygnacja. Na szczęście bez goryczy na horyzoncie. Do takiego smutku aż chce się powracać.

Uniform & The Body – Everything That Dies Someday Comes Back

Jakie jest The Body każdy słyszy. Ograniczony zasób środków ekspresji nie przeszkadza duetowi w nagrywaniu dobrych płyt. Szczególnie w kooperacji z innymi muzykami. Tak jest w przypadku ich drugiego, wspólnego wydawnictwa z Uniform. Właściwie oba projekty łączą tu elementy charakterystyczne dla siebie, podkręcając się nawzajem i serwując słuchaczom spore pokłady hałasu. Znajdziemy tu więc i charakterystyczne „wycie” Kinga, jest też skandowany wokal Berdana. Kompozycje zanurzone są w noise’owej magmie, bębny wypruwają flaki, przester gitary podkręcony jest do maksimum, a całość brzmi tak ciężko, że można niemal zapaść się pod tymi wszystkimi dźwiękami. Jakby tego było mało, ta industrialno-metalowo-doomowa mieszanka ma w sobie cechy dobrego popu. Czy to pod postacią nieco tanecznej elektroniki (All This Bleeding) czy osładzających nieco resztę dźwięków partii klawiszowych (Penance). Everything That Dies Someday Comes Back tylko udaje twardziela, bo pod całą tą warstwą brudu i złomu czają się prawdziwe przeboje i świetne melodie. Taki pop to ja lubię.

Uranium Club – The Cosmo Cleaners

Szalenie pokręcona płyta. Mocno czerpiąca z estetyki bliskiej Parquet Courts, ale przy tym idąca własną drogą. (…) Arcydzieło jej konstruktora ma źródło w samiutkich szczegółach, bo to, co wydawało nam się być łatwe i przejrzyste (indie rockowa przebojowość), jest tak naprawdę złudzeniem, fatamorganą. Z każdym odsłuchem trafiamy na dodatkowe dźwięki, nietypowe rytmiczne przejścia, konstrukcyjne zabawy i aranżacyjne perełki, a zespół z pozornie prostej kapeli urasta do rangi nieznanych (jeszcze) szerzej innowatorów gatunku.

VR SEX – Horseplay EP

VR SEX to poboczny projekt lidera Drab Majesty, czyli Deba Demure’a. Horseplay jest pierwszym wydawnictwem sygnowanym tą nazwą, wydanym w marcu, po którym Deb wypuścił równie ciekawą płytę długogrającą pt. Human Traffic Jam (maj 2019). Wyróżniam jednak EPkę, bo to tylko cztery, ale stojące na bardzo wysokim poziomie kawałki. VR SEX faktycznie różni się od macierzystej grupy artysty, który w tym wcieleniu pozwolił sobie na większe eksperymenty stylistyczne. Niby dalej porusza się w rejonach darkwave’u, ale tym razem uzupełnia je cięższą, industrialnie brzmiącą motoryką i deathrockowymi wstawkami. Nie bójcie się jednak, bo Horseplay nie jest materiałem mrocznym. Ciemność zostaje przełamana niemal cyrkowymi klawiszami, dodającymi kompozycjom weselszy, a nawet z lekka prześmiewczy posmak. Widać, że Deb dobrze się tu bawi, eksplorując swoje ulubione brzmienia, ale uderzając przy tym w nieco inne tony. A jeśli podczas odsłuchu ostatniej płyty Drab Majesty zastanawialiście się, gdzie podziały się hity, to odpowiadam – wszystkie są tutaj.

White Ward – Love Exchange Failure

Gdy znajomy zapytał mnie, co tam ciekawego słyszałem w tym rocku w black metalu, odpowiedziałem, że spodobał mi się White Ward – „taki tam black metal z dęciakami”. Tak, lepiej o muzyce mi się pisze, niż rozmawia, ale mniejsza o to. Znałem ten skład już wcześniej i podobało mi się to, jak próbuje wpleść elementy dark jazzu i shoegaze w swoje brzmienie. Taki był już poprzednik, czyli płyta Futility Report, ale na Love Exchange Failure odnoszę wrażenie, że Ukraińcom udał się ten zamysł w pełni. Wcześniej ww. elementy wydawały się być trochę „obok siebie”. Na najnowszym albumie składu z Odessy i proporcje są lepsze i sposób ich podania. To już nie jest danie złożone z mięcha (/post-/black metal), ziemniaczków (dark jazz) i suróweczki (shoegaze). To bogate w składniki odżywcze risotto doświadczonego szefa kuchni, po którym nie ma ochoty się na dokładkę i które śmiało można fotografować, wrzucać do internetu i zbierać lajki. Świetny, ponury klimat i równie zapierające dech partie saksofonu okazały się być dietą lekkostrawną i przy okazji bardzo smaczną.

Zonal – Wrecked

Kolejny wspólny album Justina Broadricka (Godflesh, Jesu oraz masa innych) i Kevina Martina (The Bug, King Midas Sound oraz masa innych). Zonal wystartował jako poboczny projekt ich wcześniejszego, wspólnego przedsięwzięcia. czyli Techno Animal. Na ten moment, jeśli wierzyć ich słowom, to Zonal przejmuje pałeczkę pierwszeństwa. To jednak kosmetyczna zmiana, bo tak jak i wcześniej, na Wrecked obaj panowie zgłębiają industrialny dub z pomocą ambientowych, dusznych kompozycji. Pierwsza połowa albumu jest dodatkowo kolaboracją z Moor Mother, która idealnie uzupełnia swoim władczym głosem i zaangażowanymi tekstami mroczne, elektroniczne podkłady. Osobiście cieszy mnie (świadome?) tekstowe nawiązanie do Bullet With Butterfly Wings w kompozycji In a Cage. Moor Mother usłyszymy tylko na połowie tego wydawnictwa i o ile nie przekonuje mnie jej solowa twórczość, tak tutaj aż żal, że nie udało się jej dograć wokali do wszystkich utworów. Jej głos i sposób intonacji w połączeniu z noise’ową magmą płynącą z głośników wywołują przestrach większy niż w niejednym horrorze. Szczególnie że instrumentalnie to również bardzo równe wydawnictwo. Kropką nad „i” jest tu jednak Moor Mother. To element zaskoczenia, który przyciąga mnie do ponownych odsłuchów tej płyty.