Mieliśmy wielką czwórkę thrash metalu. Tą samą liczbą zespołów i podobnym terminem sygnowano przedstawicieli grunge’u. Czy to samo tyczyć się będzie brexitcore’u? Czy to gatunek-efemeryda, pojęcie typowo medialne, czy coś więcej? Odpowiedź na to ostatnie pytanie przyjdzie z czasem, ale już dziś chyba nikt nie ma wątpliwości, że jeśli za kilka lat powstaną artykuły o tym muzycznym zjawisku i znów liczba cztery będzie grać pierwsze skrzypce (w końcu historia lubi się powtarzać), to wśród wymienionych nazw znajdzie się Fontaines D.C..

Dogrel było albumem przedwczesnym. Widziałem Fontaines D.C. na OFF Festivalu w 2018 roku. Stałem w pierwszym rzędzie i czułem, tak samo zresztą, jak rok wcześniej na występach Shame i Idles, że jestem częścią „czegoś nowego”. Może chwilowego zjawiska, może rzeczy większej, ale na pewno koncertu wyjątkowego, o którym będzie się mówić. Sam występ, tak jak zresztą i pierwsza płyta, nie był bez wad. Wokalista Grian Chatten chciał być trochę sobą, trochę drugim Ianem Curtisem, a w międzyczasie miał ochotę czmychnąć ze strachu na backstage. Muzycy mieli ochotę wskoczyć w tłum, ale jednocześnie co chwila zerkali na własne instrumenty i pilnowali tego, by zagrać odpowiednie dźwięki. Magiczna to była chwila, a obserwacja rodzącego się w tak niewinny sposób zespołu, który całym sercem wierzy w to, że może swoją gitarową muzyką rozruszać zmurszały i zapomniany przez wielu gatunek dawało nadzieję na to, że co jak co, ale im może się to udać. Czy tak jest? Nie wiem, ale A Hero’s Death przynosi kawał naprawdę świetnej muzyki.

Debiut mi się podobał, ale był czymś pomiędzy tym, co zobaczyłem na żywo, a co możemy usłyszeć na nowej płycie. Na „A Hero’s Death” Fontaines D.C. to grupa już w pełni ukształtowana, której brzmienie i inspiracje co prawda łatwo wychwycić, ale czy warto aż tak się nad tym pochylać? Mamy rok 2020, wszystko już było i historia muzyki gitarowej powoli, a może nawet szybciej niż myślimy, zatacza pełne koło. Mamy tu więc i mrok Joy Division, ale mamy też wyspiarską melancholię w postaci szkockiej fali i jej najbardziej znanych przedstawicieli, czyli The Twilight Sad. To nie wszystko, bo Fontaines D.C. patrzą też za Ocean, więc niedziwnym jest to, że blisko ich dźwiękom do tego, co robią Kanadyjczycy z Ought czy mini-weterani sceny, zespół Protomartyr. To jednak „tylko” inspiracje. Punkt wyjścia dla własnych poszukiwań oraz podświadome lub bardziej bezpośrednie tropy, które nie tworzą samej muzyki. A ta broni się tu sama.

Irlandczycy z Fontaines D.C. nie kryją faktu, że trasa promująca debiut była dla nich totalnie wykańczająca. Te same miasta, te same kluby i trudne do rozróżnienia twarze. Wszystko zaczęło im się mieszać, a jedyne ukojenie przynosił alkohol. A Hero’s Death dobrze oddaje ten stan, a sam zespół marazm i monotonię potrafił przekuć w coś twórczego. Przy pierwszym odsłuchu płyty może nam to umknąć, tak jak i zespołowi uciekały poszczególne dni spędzone w trasie, ale przy każdym kolejnym materiał odkrywa swoje kolejne warstwy. Pozornie podobne do siebie brzmienie każdej z kompozycji w połączeniu z dominującym, minorowym odcieniem całości może zniechęcać. Może też zachęcić do głębszych poszukiwań i zachwycić. Tak jakby wspomnienia odkrywały przed nami inne odcienie. Nadal spowite szarością, ale warte zapamiętania na dłużej.

A Hero’s Death to płyta dojmująco smutna. Opowiadająca o rozpadzie jednostki i o tym, jakie mają na nią wpływ napierające zewsząd reklamowe slogany. O radzeniu sobie z sukcesem, życiem w ciągłym biegu i walce o najprostsze uczucia. O rozpaczliwej tęsknocie za „własnym ja”, które bardzo łatwo zgubić w pogoni za marzeniami. Wreszcie o tym, jak destrukcyjne mogą być próby wpasowania się w oczekiwania innych ludzi: mediów, słuchaczy, a nawet tych, którzy wydają się nam być najbliżsi. Zespołowi udało się stworzyć naprawdę piękny, ale też gorzki soundtrack do rozterek ludzi, wobec których to bliższe i dalsze otoczenie ma zupełnie inne oczekiwania.

Fontaines D.C. już się nie boją. Są na to zbyt zmęczeni. Starczyło im jednak sił na nagranie naprawdę znakomitego materiału.

Bandcamp