Wykrakałem. Już przy okazji zeszłorocznej EPki Zespołu Sztylety (Demo 2019) pisałem o tym, że to grupa, która wydaje się świadoma tego, jak chce brzmieć i przede wszystkim – jak to osiągnąć. To był dobry materiał, choć co po niektórych zrażać do siebie mogła produkcja. Czuć też było, że Sztylety nie były w tamtym momencie w pełni naostrzone. W tym przypadku jest inaczej. Chwila nieuwagi i można się zdrowo pokaleczyć.

Lepsza produkcja to jedno, ale zadziałał tu chyba jeszcze najzwyklejszy efekt zgrania się składu tworzącego grupę, bo mamy do czynienia z klasyczną ewolucją i dopracowaniem własnego stylu. Zespół nadal bazuje na (sprawdzonym) patencie zmian tempa – z wolniejszego, bardziej post-rockowego, gdzie gitara lub też gitary mają więcej przestrzeni – do szybszego, agresywnego, w którym główną rolę odgrywa wokal i sekcja. Chłopacy się z tym zresztą nie kryją, bo dwie z ośmiu kompozycji to duble z EPki (choć w trochę innych wersjach). Mowa tu o Kiedyś i jednym z moich ulubionych utworów, napędzanego kreatywnym amokiem przełamanym doomowym ciężarem i szaleńczą galopadę w finale, najdłuższego z całego zestawu Sierpień/Wrzesień 2016.

Nowe kawałki przynoszą też inne skojarzenia. O inspiracji Ewą Braun nie trzeba szczególnie wspominać, bo mówi o niej sam zespół, a tę najbardziej da się wyczuć w Czekaniu. Zbudowane na dualizmie Pytania przeplatają metal z indie rockiem i Sztylety wychodzą z tego eksperymentu z tarczą. Tego drugiego składnika jest tu zresztą więcej, a najbardziej da się go wyczuć w najspokojniejszym, a może po prostu najmniej depresyjnym (choć niepozbawionym ironii), a przy tym bardzo nośnym Hymnie polskiej reprezentacji na cokolwiek. Pierwiastek metalowy, co nie dziwi, słychać za to w coverze Furii Są to koła. Interpretacja udana, autorska, ale też najmniej pociągająca w kontekście całej płyty.

Na deser zostawiłem sobie utwór Wtedy kiedy będę martwy. Słusznie wybrany jako singiel stanowi najlepszą wizytówkę dla Zespołu Sztylety. Odpowiednio melodyjny, z zapamiętywalnym tekstem, łączący w sobie dwa ulubione światy grupy, czyli spokój i głębszy oddech z wewnętrznym smutkiem i nagłymi napadami gniewu. Jest tu jednak coś jeszcze. W warstwie tekstowej (która stoi na naprawdę wysokim poziomie na całym wydawnictwie) Sztylety kontynuują tu tak wyraźne na scenie trójmiejskiej wątki funeralne. Opakowują to jednak zagrywkami podpatrzonymi u kogoś innego, bo słuchając tych gładkich, gitarowych przejść trudno wyzbyć mi się skojarzeń od tego, co tak bardzo kręci nas wszystkich w muzyce Idles.

Zespół Sztylety wyzbył się skromności, nie rezygnując z pesymizmu i poprawiając produkcję. I dzięki temu udało mu się nagrać bardzo dobrą płytę.

Bandcamp (Koty Records)