Lubię weryfikować brzmienie „na żywo” z tym, co zespół wysmażył na płycie. Taka sytuacja miała miejsce w przypadku grupy Kwiaty, którą widziałem w dniu premiery jej debiutanckiego albumu w sopockim Miejscu. Już wtedy zrobili na mnie spore wrażenie. Zgraniem, zgrabnymi rozwiązaniami w kwestii dialogu muzyka-teksty-melodia oraz całą paletą nawiązań do muzyki lat 90-tych i 80-tych. Dziś stwierdzam, że udało im się to też na płycie.

Nad całym wydawnictwem unosi się aura rozmarzenia i półsnu. Duża w tym zasługa Mai, której głos dosłownie unosi się nad tym, co tworzą za pomocą instrumentów jej koledzy z zespołu. Sprawia wrażenie zdystansowanego, stoickiego obserwatora, który gdzieś z daleka, przebywając po trochu we własnym świecie, komentuje otaczający ją świat i tematy, które ją dotykają. Czasem jednak na wierzch wypływają emocje (Honda, Pogoda, Powietrza!) i przyznam, że ta Maja podoba mi się najbardziej. W tej spokojniejszej, wokalnej odsłonie stanowi za to idealne dopełnienie tego onirycznego, trochę nierealnego świata dźwięków (Zapach, Na wydmach, Mleczne dziewczęta, chłopaki kwiaty). Pozorny wokal bez emocji zawiera w sobie całą ich paletę.

Jeśli już o samym brzmieniu mówimy, to jest ono dość zróżnicowane. Inspiracji jest tu sporo, ale Kwiaty zdały egzamin z oryginalności i przetworzyły je na swój własny, autorski sposób. Mamy tu przecież bezlitosne, tnące zimnofalowe gitary (Siekiera). Mamy klimaty twinpeaksowe (walczyk w postaci Koniec wakacji), jest też shoegaze’owa ściana dźwięku (końcówka tego samego utworu). Jest trochę klasycznego indie (pędząca Honda). Mamy i niemało dream popu, który wysuwając na pierwszy plan wokal, bazuje na sennym klimacie (Mleczne Dziewczęta, Chłopaki Kwiaty).

Kwiaty mają to do siebie, że choć piękne, szybko usychają. W przypadku tego zespołu mam wrażenie, że oszukali naturę i kwitnąć będą nam jeszcze długo.