Drugi zestaw nadrabianek, czyli krótszych polecanek. Tym razem 6 płyt, bo… łatwiej robiło mi się dzięki temu kolaż okładek. Trzy pozycje z zeszłego roku (Ed Schrader’s Music Beat, Oneida i Editors), jedna tegoroczna (The Budos Band), powrót do 2015 roku (Mbongwana Star) oraz klasyk z roku 1982 (The Wake). Czytajcie i słuchajcie!

The Budos Band – The Budos Band V (2019) [psychedelic heavy funk rock]

Po kilku latach wydają nową płytę i… nie zaskakują. Młodzież powiedziałaby pewnie, że dostarczają, ale jakiegokolwiek określenia nie użyjemy, to chodzi tu głównie o to, że The Budos Band nadal nagrywają w ramach wypracowanego przez siebie stylu dźwięki wysokiej jakości. Na piątce mamy sporo nawiązań do afrobeatu, heavy psych, ale i nie mniej do jazzu czy swojskiego funk rocka. Mam wrażenie, że grupa przeniosła ciężar z samego rytmu na brzmienia instrumentów dętych i to głównie z ich pomocą porywa nas do tańca. Przez to więcej tu klasycznej psychodelii i ilustracyjnych klimatów, a najmilsze w tym wszystkim jest to, że to wciąż działa.

Ed Schrader’s Music Beat – Riddles (2018) [experimental synth post-punk]

Niezwykle eklektyczny materiał, który swobodnie przechodzi od knajpianej nowej fali przez piwniczny synth punk, aż do wypełnionych po brzegi hal, w których ściany huczą refrenami wprost z radiowego rocka. Po drodze zwiedzamy jeszcze garażową salę prób i siadamy przy fortepianie wraz ze sprawcą całego tego zamieszania. Co zabawne, Ed Schrader’s Music Beat to zaledwie duet, który skrzętnie ukrywa ten fakt pod lawiną sampli, elektronicznych dodatków i odtwarzanych z przeróżnych ścieżek instrumentów. Można się nie połapać, bo energii tu tyle, że starczyłoby na co najmniej sekstet i to kolejna, oprócz świetnych kompozycji, ogromna zaleta tego wydawnictwa.

Oneida – Romance (2018) [drone, kraut, art noise rock]

Przy pierwszym przesłuchaniu Romance może budzić skojarzenia z szumem, który słyszymy w uszach po niedawno przebytym urazie głowy. Kompozycje oparte są na jednostajnych, noise’owych dźwiękach skąpanych w morzu elektroniki, do których w pewnych momentach doskakują: perkusja (świetne partie Johna Colpittsa), wokal (pełniący tu rolę instrumentu) i przetworzona do granic możliwości gitara. Oneida na swoim stateczku porusza się po tych samych regionach, co onegdaj Loop czy Main i tak jak te zespoły, brooklyńska grupa także z repetytywności i trzasków potrafi wydziergać przepiękne historie. Do ich odkrycia potrzeba jednak cierpliwości i chęci do zgłębiania sensu w pojedynczych, na pozór brzydkich dźwiękach.

Editors – Violence (2018) [synthpop, darkwave, art pop]

Edytorów podróży do świata synthpopu ciąg dalszy. Jaki tego efekt? Zespół w jakiś niewytłumaczalny sposób pozostaje sobą, bo pomimo mocno złagodzonego brzmienia, pięknych melodii i ocierających się o kicz wokaliz to nadal smutne i nadające się głównie do słuchania wieczorem, z lekka mroczne piosenki o miłości. Takie, za którymi tęsknią fani Depeche Mode czy OMD. Editors w ich komponowaniu są coraz lepsi, a na samym Violence próżno szukać „upychaczy”; poziom jest bardzo wysoki, choć może odstraszyć ortodoksów, którzy tęsknią za brzmieniem pierwszych albumów grupy.

Mbongwana Star – From Kinshasa (2015) [african dance punk]

Ta muzyczna perła pochodzi prosto ze stolicy Demokratycznej Republiki Konga – Kinszasy. Odnalazłem ją podczas moich poszukiwań afrykańskich, rdzennych rytmów, ale podróż ta zabrała mnie zdecydowanie dalej, bo aż na księżyc. W muzyce Mbongwana Star tyle samo jest bowiem tradycji, co nowoczesności. Tradycyjne instrumentarium i rytm z tamtych stron uzupełniany jest niemal dubowym podbiciem, połamaną elektroniką, zachodnimi wpływami i uniwersalną na całym świecie tanecznością. Rezultat może (i powinien; oba zespoły nagrały nawet wspólny kawałek) przypominać to, co być może słyszeliście dzięki Konono Nº1, choć Mbongwana Star w swoich poszukiwaniach zdaje się wylatywać o krok dalej ku kosmicznym konstelacjom.

The Wake – Harmony (1982) [post-punk, coldwave]

The Wake przynosi odpowiedź na to, jak mogłoby brzmieć Joy Division, gdyby tylko jeszcze bardziej uprościć ich kompozycje. To jednak zbyt krzywdzące uogólnienie, bo ten pochodzący z Glasgow zespół już na swoim debiucie, choć mocno osadzonym w post-punkowym brzmieniu, interpretuje ten styl na swój sposób. Grupa ta skręci później mocno w stronę indie popu i twee, a te ciągoty, pomimo mechanicznego rytmu i prostych, acz wyraźnych partii basu oraz gitary i wycofanego wokalu wyczuwalne są już tutaj. Mrok ma na Harmony kolor zachodzącego słońca, a smutek nie jest stanem ostatecznym, a raczej wyczekiwaną i dobrze znaną, wręcz miłą i słodką melancholią.