Podsumowanie 2023 roku

Wstęp zamieszczony poniżej został napisany przeze mnie jakieś trzy miesiące temu. Napisałem go bardzo szybko, z tym problemów nie mam, gorzej z zagospodarowaniem czasu na ów czynność. W każdym razie tekst przeleżał kolejnych kilka tygodni bez większych zmian — aż do teraz. Prawdopodobnie jest mało aktualny. W ogóle umówmy się, podsumowywanie poprzedniego roku w kwietniu zakrawa o absurd. Stąd też niniejszy akapit. Tak, tłumaczę się, bo nie mam: a) przestrzeni czasowej na to, by zmieniać teraz całą koncepcję wstępu b) pomysłu na to, co miałbym tam zamieścić w zamian; c) całe to przedsięwzięcie, przy ciągłych zmianach, będzie trwać prawdopodobnie w nieskończoność, więc… darujmy sobie.

Także zapraszam do nieco spóźnionego, za to szczerego i porządnie opisanego muzycznego podsumowania roku ubiegłego – 2023.

W zeszłym roku nadszedł taki moment, że zacząłem się zastanawiać nad tym, czy ja w ogóle jeszcze lubię muzykę. W głowie zaświtała myśl: „o nie, nadchodzi wypalenie”. To była krótka chwila, błysk (pod)świadomości, który przeminął praktycznie zaraz potem, gdy odpaliłem jedną z niżej wymienionych płyt. Albumy te dały mi mnóstwo radości, budziły do życia nieco skryte emocje, powodując szybsze bicie serca i wywołując ciarki na (może nie całym, ale znacznej jego części) ciele. Dobrze było znowu poczuć, że muzyka to — uwaga, będzie górnolotnie — moje życie. Coś, co napędza do działania; pociesza, wyciąga z gorszego stanu lub pozwala ten zły stan przeżyć bez większego uszczerbku na zdrowiu. Głównie tym psychicznym.

Wspomniany moment zapowiadający wypalenie spowodowany był, oczywiście narzuconym przez siebie samego, ale też wymuszonym niejako obecnym tempem wydawniczym, liczbą nowości. Cykl premier jest nieubłagany — co tydzień wychodzi co najmniej kilkanaście interesujących, przynajmniej na papierze, płyt, z którymi chciałoby się zapoznać. Słuchać staram się wszędzie, ale nie zawsze się da i nie zawsze też ma się ochotę w danym momencie akurat na daną nowość. Będę też brutalnie szczery — nie zawsze w ogóle warto tych nowości słuchać, bo nadpodaż muzyki wiąże się też ze stałym (niestety) trendem obniżania jakości pojawiających się w eterze wydawnictw. Oczywiście nikt nie ma obowiązku zapoznawać się z każdym z nich, ale jeśli chce się wyłuskać perełki, szczególnie wśród grup debiutujących, to… nie ma zmiłuj.

Na szczęście (?) w porę przystopowałem, zmieniłem swoje podejście na nieco mniej rozbuchane, a już na pewno popracowałem nad swoim FOMO. Zacząłem słuchać mniej, choć podejrzewam, że na standardy ogólne i tak bardzo dużo. Powoli wyzbyłem się także „powinności” – uczucia, które towarzyszy mi praktycznie niezmiennie od początków prowadzenia tego miejsca. Mówię o tym, że starałem się odsłuchiwać każdego linka do singla / płyty, który otrzymałem w wiadomości prywatnej od zespołu lub artysty. Nawet jeśli wiadomość z prośbą o zapoznanie się z materiałem była napisana w sposób nieco koślawy, treść muzyczna totalnie niedopasowana do profilu prowadzonej przeze mnie strony lub stanowiła zwykłe, wysyłane byle gdzie, w sposób masowy„kopiuj-wklej”. Nie, stwierdziłem, nie jestem nikomu winny recenzji ani odsłuchu. W ogóle w relacji artysta-odbiorca nikt nie jest nikomu niczego winny.

Przechodząc jednak do meritum — równowaga jest kluczem. Niestety pewne rzeczy — tak jak wspomniana liczba wydawanych na różnych nośnikach dźwięków — to jedno. Druga to galopujące ceny biletów na koncerty. Ta kwestia boli mnie chyba jeszcze bardziej, bo nie do końca rozumiem obecne podwyżki. To znaczy, dobrze wiem, że wszystko podrożało, ale… nie aż tak. Czy to próba finansowego odbicia się od pandemicznej posuchy przez kluby i organizatorów, a być może nawet same zespoły? Być może. Czy to dobry kierunek? Nie sądzę. Patrząc na malejącą publikę wydarzeń koncertowych, śmiem wątpić, by trend ten przyniósł w dłuższym rozrachunku coś dobrego. Tracą na tym zresztą głównie ci „średni” – zespoły polskie, całkiem dobrze znane, ale nadal nieodnajdujące się w mainstreamie. Często za ich występy trzeba płacić tyle, co jeszcze kilka lat temu (świat przed pandemią — czy ktoś go jeszcze pamięta?) za zagraniczne gwiazdy danej sceny. Absurd? Nie do końca — to rzeczywistość.

OK, ostatnim wątkiem będzie wymierająca profesja dziennikarza muzycznego. Sam za takowego się nie uważam, ale jednocześnie nie sądzę, by mój warsztat był aż tak ubogi, by przez tyle lat na swoim hobby nie zarobić nawet na opłaty za subskrypcję na WordPressie. Zresztą ja to pikuś; istnieją jednak osoby totalnie wkręcone w pisanie o muzyce (i w muzykę), które nadal walczą o przetrwanie. Ktoś powie, że w dzisiejszych czasach, czyli totalnie swobodnego dostępu do muzyki profesja taka jest totalnie niepotrzebna. I że nikt nie ma obowiązku zarabiać (a przynajmniej nie dokładać do) na swoim hobby. I po części taka osoba będzie mieć rację. Choć ja pozwolę się z nią nie zgodzić.

Kontrowersja: przy tak ogromnej liczbie produkowanych obecnie wydawnictw, osoba z własnym gustem, szerszym spojrzeniem na rynek i jeszcze dobrym piórem umożliwiającym sprawny opis i zachętę (lub zniechęcenie) do odsłuchu, to czyste złoto. Pewnie, że piszę z własnej perspektywy, czyli osoby, która na bieżąco nadal śledzi alternatywne serwisy muzyczne, czyta recenzje, jest zainteresowana biogramami i inspiracjami muzyków, a do tego jeszcze kupuje (!) papierowe wydania magazynów muzycznych. Rolą dziennikarza muzycznego nie jest jednak, bo chyba takie panuje, zresztą błędne, przekonanie, pisanie recenzji i mieszanie z błotem nowych talentów przy jednoczesnym podbijaniu własnego ego. Funkcją dziennikarza kulturalnego jest bycie kuratorem. Naprowadzanie, naświetlanie nowych trendów, wyłuskiwanie wartych odkrycia nurtów. Pokazanie, że coś istnieje, że warto po to sięgnąć, że za muzyką stoi konkretny człowiek. Tego nie da Wam żadna playlista i algorytm.

A właśnie — jak już przy algorytmach jesteśmy, to ciekaw jestem, co powiedzą artyści, gdy przegrają walkę z AI. Nie jeśli — ja jestem bardziej niż pewien, że to nastąpi. Wtedy nagle osoby piszące o muzyce, naświetlające kontekst i wyciągające ręce do artystów mogą okazać się całkiem przydatne… Tylko że wtedy będzie już za późno. Algorytm nie będzie patrzył (i teraz też na to nie zważa), kto jest twórcą danej frazy bądź melodii. On po prostu popromuje to, co mu nakaże kod. Kod, który wyznaczać będzie gusta milionów odbiorców.

Dobra! Ponarzekałem sobie, popisałem o sobie i swoich przemyśleniach, a Wy tu jesteście zapewne z tego powodu, że interesuje Was muzyka. A konkretnie to najfajniejsze płyty roku ubiegłego, 2023. Tak więc nie przedłużając, wyróżnione tytuły, w sposób chronologiczny, wymieniam poniżej. Czy warto dać im szansę? Oczywiście. To 14 płyt z jakichś 2 tysiąca przesłuchanych przeze mnie wydawnictw wydanych w zeszłym roku. Nie twierdzę, że najlepszych, ale na pewno takich, które potrafią trafić do serducha i reaktywować miłość do muzyki. U mnie zadziałały. Może więc zadziałają i u Was..

Balzam – Zimne ognie [deathrock / post-punk]

Jedyna moja recenzja napisana dla portalu Soundrive. Do tego stworzona w specyficznych warunkach — w trakcie lotu do Wielkiej Brytanii, gdy obawiałem się tego, czy dolecę. Tak, nienawidzę latania.

Bazą brzmienia grupy jest deathrock w całej swej krasie, choć z wieloma oryginalnymi, nie do końca typowymi dla tego gatunku elementami. Bardzo wyraźne basowe podbicie doskonale współgrające z zimnymi uderzeniami automatu perkusyjnego powoduje, że dynamika materiału jest na bardzo duża. Raz stanowiące tło, innym razem sprawnie wysuwające się na pierwszy plan elektroniczne, syntezatorowe plamy, brzmią dość futurystycznie, a w pewnych momentach nawet kosmicznie. W kilku momentach materiału wkrada się też taneczność, przez co mrok w wykonaniu Balzam zyskuje nieco neonowej poświaty.

Całość znajdziecie TUTAJ.

Butcher Brown – Solar Music [jazz-rap / jazz-funk]

Pogoda w Trójmieście przez większość roku jest, jaka jest. Tzn. wieje (zawsze), pada (często) i w ogóle mało jest słońca — za to niebo pełne chmur. Dominuje tzw. szarówa. Pomimo tego nie zamieniłbym tego miejsca na żadne inne, ale przyznaję, że bywa ciężko. Z takich pogodowych dołów ratowała mnie w tym roku nowa płyta Butcher Brown. Solar Music to pochwała słońca w wersji rap + żywe instrumenty. Mnóstwo tu ciepła w postaci funkowego rytmu, wokalnej nawijki z okazjonalnymi fragmentami śpiewanymi oraz charakternego p-soulu ze szkoły Parliamentu. To muzyka, która rozgoni każdy, nawet największy i pękający od deszczu obłok. Zagrana ze smakiem, ogromną erudycją, ale przede wszystkim — porywającą energią. Idealny soundtrack na niepogodę.

C.O.F.F.I.N – Australia Stops [garage punk ‘n’ roll]

Uwielbiam australijską scenę gitarową. Dobra, w ogóle lubię gitary, ale teraz nie o tym. Jako naczelny fan prostoty The Chats oraz skomplikowanych przesterowych struktur Tropical Fuck Storm, jestem totalnie zachwycony najnowszą płytą C.O.F.F.I.N. Na Australia Stops mamy do czynienia z garażowym graniem w stylu The Stooges — czyli trochę blues, trochę jammowanie, dużo punka i ogólna dominacja gitarowej rozwałki nad subtelnością. Na papierze mogłyby to być nudy, ale tu dzieje się tyle, że o ziewaniu nie ma mowy. Wręcz przeciwnie — płyta pełna jest nieokiełznanej, pierwotnej energii i już w trakcie odsłuchu chciałoby się zdobywać szczyty. Ewentualnie rozwalać rzeczy (mnie bliżej do tej opcji). Dążę do tego, że aż człowieka nosi, słuchając tych wszystkich riffów, quasi solóweczek, perkusyjnej kanonady i przeżartego odżywkami głosu Bena Portnoya. Rock umarł, mówisz? Pffff, nawet nie będę tego komentować. 

Deceits – If There’s No Heaven… [gothic rock / [post-punk]

Co tam panie w gotyku? Coś fajnego może? Jakie post-punkowe, przesiąknięte mrokiem granie polecasz? Ano wyszedł w zeszłym roku taki album. Grupa Deceits z Los Angeles (najciemniej pod latarnią — tam też przecież rezyduje VR Sex) i jej debiut o tytule If There’s No Heaven…. Muzyka, którą dobrze znasz, o ile oczywiście siedzisz w takiej stylistyce. Wiesz, co wydarzy się zaraz, czujesz dobrze to, co słyszysz w danej chwili. Czyli zrzynka? Pewnie tak, ale zagrana tak, że chce się wracać właśnie do niej, w sensie do tej płyty, a nie do innej. Zagrana na totalnej wczutce, z głębi serducha, tak jakby jutra miało nie być. W gatunku, który zjada własny ogon i naprawdę niewiele w nim projektów, które mają cokolwiek (szczerego) do powiedzenia, a głównym powodem odgrywania minorowych nut jest chyba chęć przynależności do gotyckiej subkultury (czego nie oceniam negatywnie — to najfajniejsza z grup), to jest już COŚ. I do takich autentycznych dźwięków przełożonych na świetne kompozycje po prostu chce się wracać.

Dynasonic – Dynasonic [dubkraut]

Zaskoczyli? W sumie to nie wiem. Zaskakują od początku, więc trochę trudno mówić tu o takiej prawdziwej niespodziance. W każdym razie Dynasonic nie osiada na laurach i cały czas ewoluuje. Na swojej najnowszej płycie (a właściwie długogrającym debiucie) nieco inaczej rozkłada akcenty. Nie jest to już trans oparty na dubowych zapętleniach basu i uzupełniającej sekcję rytmiczną elektronice. Tzn. jest, ale nie głównie, bo w tym przypadku tło wchodzi na pierwszy plan i sam trans pozostaje, ale ma raczej posmak… parkietu. Trudno to opisać, ale powiedzmy, że o ile wcześniej trio bawiło się ambientowymi fakturami, tak teraz skręciło w stronę motoryki i rytmiki krautrocka. Zmieniło się więc wiele, ale z drugiej strony… nie zmieniło się nic. To po prostu kolejna odsłona dubwave’u — efemerycznego, trudno definiowalnego gatunku, którego głównym przedstawicielem jest właśnie Dynasonic.

George Clanton – Ooh Rap I Ya [90s chillwave]

Jestem ogromnym fanem twórczości Clantona od momentu zapoznania się z wydanym w 2018 roku albumem Slide. Dość powiedzieć, że na ten moment większość stworzonego przez niego materiału znam bardziej niż dobrze. I bardzo go lubię. Trafia do mnie melancholijny wymiar jego muzyki, oldschoolowe, pozujące na przełom lat 90. i początku XXI wieku środki stylistyczne i umiejętność tworzenia naprawdę charakternych, świetnie zaaranżowanych piosenek. Slide pod tym względem był wydawnictwem prawie że idealnym; Ooh Rap I Ya niemalże mu dorównuje. Niemalże, bo zabrakło nieco przebojowości. W tym przypadku Clanton postawił przede wszystkim na styl: brzmieniowo kojarzy się tutaj z eurodancem, madchesterem, baggy i vaporwave’em. Tak, Clanton porusza się po dość efemerycznych gatunkach, bada ich granice, ale przekłada je jednocześnie na swoją wrażliwość. Słychać tu nie inspiracje, a jego samego. Pięknie płynie ta płyta. Nawet jeśli mniej tu momentów wyróżniających się, to po prostu chce się wracać (wielokrotnie i często) do Ooh Rap I Ya

Home Front – Games of Power [synthpop / post-punk]

Połowa brzmienia to post-punk. Druga połowa to synthpop. I to właściwie tyle. Serio. Żadnych specjalnych udziwnień, eksperymentów niewiele… Dobra, gdzieś tam słychać echa brytyjskiego street punka i zimnej fali. Ogólnie jednak dominuje prostota przekazu i formy. Jednocześnie połączenie to jest tak niedzisiejsze dla obecnej sceny post-punkowej, że działa wyśmienicie. Sound jest odpowiednio zamulony i zamglony, a przez wokalne skandowanie i gitarową ścianę przebijają się syntezatorowe, cieplutkie klawisze i bzycząca elektronika. Jest też kilka przebojów (porywające, łączące oba składniki brzmienia, przebojowe Nation, bardzo nowofalowe i delikatne Overtime, oniryczno-kwaśne tytułowe Games of Power), ale przede wszystkim czuć tu pomysł na siebie. Już na (tym) debiucie jest świetnie, więc ciekaw jestem, jak będzie później.

Moron’s Morons – High-Tension Situation [glam garage punk]

Niewiele recenzji udało mi się stworzyć w zeszłym roku. O tej płycie jednak udało mi się napisać. A brzmiało to tak:

Na debiucie wcisnęli gaz do dechy i wyruszyli w drogę po mrocznych, krętych alejkach. Na High-Tension Situation tempo jest to samo, ale zdają się mocniej trzymać kierownicę, a i droga nieco prostsza. Moron’s Morons dojrzeli w swoim paranoicznym punku. Nie tyle, że wyleczyli się ze swoich schizoidalnych odlotów; co to, to nie. Po prostu wniknęli w nie głębiej, lepiej poznali i rozsiedli się wygodnie w pokoju bez klamek. Duża w tym zasługa produkcji, która na tej płycie jest naprawdę najwyższej jakości. Słychać każdy zgrzyt i hałas wydobywany z instrumentów. Do tego głębi nabrał obłąkańczy głos Philo Phuckphace’a (alter ego wokalisty Filipa Kreina), który wypluwa z siebie poszczególne wersy tak, że nie da się go podrobić. Wspomniane tempo nie siada nawet na chwilę, a szaleńcza podróż, choć krótka i pełna mroku wciąga tak mocno, że zaraz chce się wsiąść i znów po raz kolejny przeżyć High-Tension Situation. Gwarantowana topka roku, a ja nie mogę się już doczekać, gdy znów zobaczę wariacki skład Moron’s Morons, tym razem już z materiałem z tej, doskonałej płyty, na żywo.

Shame – Food for Worms [art punk / brexitcore post-punk]

Pod względem płyt wydawanych przez zespoły, którym mocno kibicuję, rok 2024 był naprawdę udany. Shame to grupa, która totalnie skradła moje serducho — i to już od pierwszego zagranego przez nią dźwięku. Ten usłyszałem w 2017 roku na OFF Festivalu, bo to tam zadebiutowali na polskim rynku Brytyjczycy. Potem był odsłuchiwany przeze mnie non stop debiut, a następnie jeszcze częściej słuchana płyta nr dwa. Teraz mamy do czynienia z trzecim albumem Charliego Steena i spółki. W mojej ocenie najlepszym pod względem artystycznym, choć nie tak przebojowym jak dwa poprzednie. Zespół mocno kombinuje ze strukturami poszczególnych utworów, stawiając na nietypowe aranże i bawiąc się swoim własnym, ugruntowanym już przecież stylem. Food for Worms jest zdecydowanie bardziej zadziorna od swoich poprzedniczek i chyba też nieco bardziej… poważna? Jest to ten typ wydawnictwa, które zyskuje z każdym odsłuchem, na którym poukrywanych jest masa dźwiękowych dodatków i smaczków. Podsumowując: cios w podbrzusze, ale z gatunku tych finezyjnych.

The Shits – You’re a Mess [noise rock / sludge]

W przypadku The Shits nie ma mowy o żadnej finezji. Jest brud, pot, syf i plwociny. Jest też przester, bardzo dużo przesteru, właściwie całe morze, ocean, kosmos przesteru. Jest też ogromna agresja i bezpośredniość. Dobra, stop. Czytam, co piszę i nie oddaje to w ogóle tego, czym jest The Shits. A może oddaje? W każdym razie gdybym grał w tym zespole, to w tym momencie, tak, zgadliście, odpaliłbym przester i brutalnie zaatakował nim Wasze uszy. Brytyjska grupa wie dokładnie, czym jest noise rock, jak go grać (w garażu i na hardym wkurwie, a jakżeby inaczej). Miesza tempami, miesza aranżacjami, ale ogólnie stara się na You’re a Mess postawić pomnik hałasowi. A zaraz potem go opluć i zburzyć. Statystyki nie kłamią: odsłuchałem ten album jakieś 40 razy w trakcie ubiegłego roku. Odsłuchuję go też teraz, w trakcie pisania tego tekstu. I wiecie co? Nadal mam ciarki. Ten pieprzony przester!

Vyva Melinkolya – Unbecoming [shoegaze / slowcore]

Przeczytajcie na głos nazwę zespołu (solowego projektu właściwie). Tak, to pochwała melancholii, a Unbecoming jest tego namacalnym dowodem. To naprawdę bardzo, bardzo smutna porcja muzyki. Dźwięków zagranych w bardzo wolnych tempach, pozbawionych nadziei, ale też nieco twinpeaksowych w tym rozumieniu, że wszystko, co nas otacza (także smutek), jest snem. Głos Angel Diaz, bo to ona skrywa się pod nazwą Vyva Melinkolya, dobiega jakby zza zasłony skrywającej inny, nie tak odległy świat. To kraina niezrealizowanych celów, podeptanych marzeń i zniszczonych życiorysów. To nie są koszmary, a raczej coś, z czym w jakimś tam stopniu utożsamić może się każdy z nas. Vyva Melinkolya składa tą płytą hołd największym tuzom slowcore’u z Codeine na czele i robi to w tak wyśmienity, a przy tym tak wsobny sposób, że nie boję się powiedzieć: tak, Unbecoming śmiało można postawić obok najlepszych płyt tego gatunku.

Wayfarer – American Gothic [atmo black (spaghetti) western metal]

Kapelusz na głowę, broń przy pasie, siodło w dłoń i na koń! Galopujemy w tempie black metalowym w nieznane: lawirujemy między kanionami, próbujemy pokonać pustynię przed zachodem słońca, towarzyszy nam w tym ciemny wysokoprocentowy trunek, a wieczorem ogrzewamy się przy niewielkim ognisku — jedynym źródle światła tego zapomnianego przez boga świata. Tak, Dziki Zachód, tylko że w tej wersji w (z)mroku nie czają się zwykli bandyci, a piekielne demony. Kto nie dostaje alergii na nazwę „metal”, ten na pewno zdołał poznać Wayfarer. Na swojej najnowszej płycie Amerykanie w sposób idealny wyważyli (choć dwie poprzednie, pod względem jakościowym, w niczym jej nie ustępują — żeby była jasność) elementy black i post-metalowe z motywami zaczerpniętymi ze spaghetti westernu i gothic country. Brzmi to w teorii bardzo przaśnie, ale nic bardziej mylnego: okazuje się, że pierwotne zło to nie tylko mroźne, północne krainy, a również opustoszały, rozległy i broniący się przed człowiekiem odległy kontynent. Mrok wiele ma oblicz: to w wykonaniu Wayfarer ma taką przewagę, że jest bardzo, bardzo pociągające i nigdzie nie ma swojego odpowiednika.

Wednesday – Rat Saw God [slacker shoegaze / alt-country]

O tym zespole jest dość cicho (a przynajmniej nie tak głośno, jak być powinno) i chyba znam przyczynę. Trudno go zaszufladkować do jednego gatunku, bowiem tworzący go muzycy mocno mieszają stylami i dodatkowo z płyty na płytę dorzucają do swojego brzmienia nowe elementy. Nie jest to jednak mieszanina na zasadzie tak popularnego obecnie brzmieniowego ADHD — nie, to raczej powolne ważenie starannie dobranych składników, które stanowią o sile i oryginalności tego składu. Są nimi przede wszystkim noise rock, shoegaze, klasyczny indie rock, mało znany u nas slacker rock oraz… alt-country. Tak, tego ostatniego jest na Rat Saw God naprawdę sporo i to on nadaje ton całej płycie. Prawdopodobnie gdyby zespół uprościł wszystkie piosenki do gitary i głosu, to mielibyśmy do czynienia z prostym, a przy tym melodyjnym country. To świadczy o jednym — Wednesday ma nosa do tworzenia naprawdę dobrych piosenek, a że lubi się nimi pobawić i obudować dodatkową warstwą dźwięków… tym lepiej dla nas. Polecam przekonać się, czy to zabawa i dla Was. Dodatkowy zachęcacz: Rat Saw God ma mocne vibe’y płyty nagranej w latach 90.

Żurawie – Nowa Stocznia [post-hardcore / synthemo]

Nie lubię opisywać płyt, co do których mam osobisty, emocjonalny stosunek. Nie jest to bowiem zwykłe przelanie myśli kołatających się w głowie na papier (czy raczej na kompa), tylko analiza własnych uczuć, wydestylowanie z nich tego, co najważniejsze i podzielenie się tym z innymi. Trudne to zadanie, potrafią je wykonać tylko najlepsi. Na przykład trio Żurawie, które na swojej drugiej płycie zawarło całą gamę emocji i przemyśleń. Do tego przekazało je nie tylko za pomocą naprawdę świetnej i bardzo oryginalnej warstwy muzycznej, ale też dzięki osadzonym „tu i teraz” tekstom. Te dotykają codzienności, są przesycone melancholią, mają w sobie aspekt analityczny, ale przede wszystkim to błyskotliwe i pozostawiające sporą przestrzeń do interpretacji słuchaczowi liryki. Do tego napisane w języku polskim, czyli tym, który dominuje nasze myśli i próbuje złapać, opisać, emocje. I kiedy słyszę pojedyncze słowa na tle tak pokomplikowanych aranżacyjnie, a przy tym bogatych brzmieniowo i dodatkowo melodyjnych (pełen pakiet proszę Państwa!) utworów, jak singlowe Wody jest niewiele, post-hardcorowy Hałas, rozbudowana Wizja lokalna czy absolutny majstersztyk w kategorii wagi ciężkiej, czyli Paraliż, to czuję, że żyję. Czuję, że gdzieś tam są osoby, które operują podobną wrażliwością i które lepiej niż ja potrafią podzielić się nią z resztą świata. To miłe uczucie, tym bardziej że Nowa Stocznia ma dla mnie nie tylko osobisty, emocjonalny charakter. Mój surowy, wewnętrzny krytyk podpowiada mi, że to po prostu najlepsza polska płyta z alternatywnym, gitarowym graniem wydana w poprzednim roku. A może nawet kilku ostatnich i paru kolejnych latach.

Playlista TOP 2023: